O brzmieniu doskonałym, czyli Simon Rattle i LSO w Krakowie

O brzmieniu doskonałym, czyli Simon Rattle i LSO w Krakowie

Historyczny pierwszy koncert sir Simona Rattle’a z London Symphony Orchestra w Centrum Kongresowym ICE Kraków prezentował nieoczywiste zestawienie arcydzieła symfoniki XX wieku – Muzyki na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę Béli Bartóka – z monumentalną późnoromantyczną VI symfonią Antona Brucknera. Pomostem łączącym te dwa światy okazała się niebywała muzykalność dyrygenta z miasta Beatlesów i doskonałe brzmienie Londyńczyków.

Koncert odbył się w cieniu tragicznych wydarzeń – śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza i, w tym samym dniu, śmierci czołowego polskiego teoretyka muzyki, prof. Mieczysława Tomaszewskiego. Minuta ciszy przy zgaszonych światłach była ważnym i potrzebnym gestem, korespondującym z mrocznym początkiem Muzyki… Bartóka.

Skondensowany temat fugi zabrzmiał w tych okolicznościach żałobnie, podobnie jak dojmujące Adagio, które Rattle potraktował emocjonalnie i z delikatnością, znakomicie operując ciszą. Niebywała stopliwość brzmienia to pierwsze, czym zachwyca London Symphony Orchestra pod jego batutą. Precyzyjna, bezbłędna intonacja, idealnie wyważone proporcje między sekcjami sprawiają, że zespół działa jak dobrze naoliwiony mechanizm, jeden wielki instrument, na którym z łatwością i lekkością gra dyrygent-wirtuoz. Ta jednorodność brzmienia jest właściwością specyficznie brytyjską – cechuje nie tylko LSO, ale także słynne zespoły wokalne, jak The King’s Singers czy Voces8.

Perfekcja z odrobiną elgarowskiego rozmachu pięknie objawiła się w finałowym Allegro molto z tanecznym, węgierskim zacięciem. Rattle momentami wręcz przestawał dyrygować, przysłuchiwał się orkiestrze, obserwował swój doskonały instrument. To był ich trzeci występ podczas wizyty w Polsce (po Warszawie i Wrocławiu w dwóch poprzednich dniach), a koncentracja muzyków wciąż utrzymywała się na najwyższym poziomie.

W przerwie koncertu jeden z członków orkiestry powiedział mi, że Rattle „ma dźwięk w sobie” i w jakiś magiczny sposób potrafi przekazać go orkiestrze. Faktycznie, widać to w jego ruchach, gestach, mimice – nie jest dyrygentem-aktorem machającym dla efektu ani też żywym metronomem, który tylko pokazuje kolejne wejścia. W jego dyrygowaniu czuło się wizję, indywidualną interpretację i skupienie na barwie.

Właśnie barwa okazała się najważniejsza w VI symfonii Antona Brucknera. Gdy ośmiu kontrabasistów zajęło miejsce na podwyższeniu, pomyślałem, że Rattle postawi na ciężar, siłę i moc, a tymczasem otrzymaliśmy Brucknera lekkiego, jasnego i przejrzystego. Częściowe odciążenie tej muzyki z patosu, prezentowanie różnych planów barwowych i finezyjne operowanie dynamiką sprawiły, że VI symfonia nie przypominała „przemierzania miasta, w którym na każdym skrzyżowaniu trafiamy na czerwone światło”. Paweł Mykietyn powiedział w jednym z wywiadów, że dla dzisiejszego odbiorcy o wiele trudniejsze jest wysłuchanie w całości godzinnej romantycznej symfonii niż obcowanie z muzyką współczesną, wciąż oskarżaną o nieprzystępność. Jak się okazało, przy tak dobrym zespole Bruckner, któremu wielu krytyków przypięło łatkę nudziarza, stał się ciekawy, nie dłużył się, a początkowy „najpiękniejszy wschód słońca w muzyce” naprawdę taki był. Poza tym Rattle zadyrygował VI symfonią z pamięci. Czapki z głów!

Długie, niemilknące owacje skłoniły sir Simona do bisu – Tańców góralskich Stanisława Moniuszki, które zapowiedział… po polsku! Takich wykonań Moniuszki, szczególnie w roku 200-lecia jego urodzin, życzyłbym sobie jak najwięcej – pełnych radości, werwy, światła, a jednocześnie epickiego symfonicznego rozmachu.


Dla Krakowskiego Biura Festiwalowego Mateusz Ciupka, autor bloga „Szafa melomana”

admin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *