Bez kategorii

Koronadepresja… (list od czytelniczki oKrakow.pl)

Pinterest LinkedIn Tumblr

Kiedy doszły mnie pierwsze informacje o „strasznym” wirusie z Chin, myślałam że nas to nie będzie dotyczyło. Wkrótce jednak okazało się, że dotyczy nas wszystkich-bezpośrednio lub pośrednio. Moje podejście od samego początku pandemii nie zmieniło się do chwili obecnej. Teraz wiem, że teoria, z którą się utożsamiam nazywa się odpornością stadną, wtedy jeszcze nie miałam pojęcia o tej definicji. Racjonalnie staram się działać, zachowuje środki ostrożności, od zawsze myłam ręce po wejściu do domu czy pracy.

Pamiętam marcowy dzień, w którym dowiedziałam się, że zamykają szkoły i przedszkola. Byłam przerażona i zszokowana taką informacją.

Większość ludzi w moim otoczeniu nie stwierdzi, że wychowuję sama dzieci, część mylnie powie, że często widzi nas wszystkich, inni przepowiedzą iż dziadkowie pomagają, tylko moja siostra powie mi prosto w twarz, że chciałam i mam trójkę dzieci na głowie, karku i u małego palca u stopy; kiedy wiesza się na moich nogach ukochany dwulatek.

Konkretnie przechodząc do rzeczy to jestem matką i szczęśliwą mężatka… mężczyzny pracującego w delegacji…

Wydaje mi się, że jest dużo takich kobiet, które widza męża na weekendy, choć ja w skrajnym przypadku nie widziałam swojego pół roku.

Mamy cudowna trójkę dzieci, ale kto po miesiącu obcowania z nimi nie potrzebuje choć dwie godziny tylko dla siebie? Bywało i bywa różnie z pobytem małżonka w domu. Zdarzały się dwa miesiące na miejscu, a zdarzało się, że co dwa miesiące przyjeżdżał na dwa dni… 

Czy na nasz związek wpłynął koronawirus Covid 19? W pierwszej fazie w ogóle. Styczeń 2020 mąż standardowo pojechał w podróż służbową, my w tym roku mieliśmy w planach odwiedzić go na rajskiej wyspie. Kilka dni przed wylotem dostaliśmy informacje, że wszystkie loty zostały odwołane.

Informacja o zamknięciu szkół i przedszkolu była z dnia na dzień. Wzięłam opiekę na dzieciaki i próbowaliśmy funkcjonować normalnie w domu. Coraz większe obostrzenia i coraz dłuższy czas kiedy męża nie było wpłynął na moja psychikę tak potężnie, że zaczęłam się zastanawiać nad sensem istnienia naszego związku. Codzienne obowiązki wobec dzieci i całkowity lockdown mnie zabijał wewnętrznie. Brak możliwości wyjścia z domu, oduczanie dwulatka używania pampersów, a uczenie zerówkowicza, gdy czterolatek wspina się na parapet przerastało moje wyobrażenia i zaburzało ambicje, aby wychowywać dzieci, a nie chować. Staram się być kreatywna, wspólne zabawy, pieczenie ciasteczek, malowanie, tańce itd. ale całkowite zamknięcie nas w domu to porażka. Rodzice dzieci, które maja podwórko może nie odczuły tego tak silnie jak my. Mamy malutki skrawek przestrzeni dla siebie, ale zimą oraz z początkiem wiosny nie dało się go wykorzystać więc i tak najlepszą opcją pozostawał dom. Nie chciałam abyśmy się rozchorowali i mieli problem z dostaniem się do przychodni. Każda ewentualność pojawiała się w mojej głowie, musiałam być gotowa na wszystko, a to obciążało mnie na tyle, że zaczęłam obwiniać męża o tą całą sytuacje. Niestety on miał problem z powrotem do Polski, a akcja „ lot do domu” nie była tak idealna jak ją przedstawiano w mediach.

Pamiętam pierwszy raz kiedy zwróciłam się niecenzuralnie do swojego dziecka. Starałam się do kwietnia 2020, aby mój język był wzorem dla nich, ale nerwy mnie poniosły. Od tego czasu zdarzyło się to kilka krotnie. Bodźce jakie serwuje mi telewizja, Internet, a co gorsza wszyscy dookoła wpłynęło na to, że brak mi sił (psychicznych), brak pogody ducha czy dobrego nastawianie. Kogokolwiek zapytałbym co słychać to tematyka jest jedna- koronawirus.  

Mąż wrócił po półrocznej nieobecności do domu, na dwa miesiące.

Od września wróciliśmy do normalnego trybu : mąż w delegacji, ja z maluchami. Praca, szkoła, przedszkole… i w listopadzie znowu ograniczenia. Nie wyobrażam sobie wracać do całkowitego lockdownu. Znowu zabijałoby mnie to wewnętrznie, choć teraz pewnie ze zdwojoną siłą.

Wracajmy do normalności, bo po ogłoszeniu zakończenia pandemii  nie będziemy wiedzieli czym ona jest…

Czytelniczka.